1946

„Ince”

nie doznawszy miłości
w świecie ponurym
pośród nienawiści
i wzgardy odeszłaś

nie grali ci hymnów
i nie płakali przy zgonie
jedną salwą ponurą
przerwawszy nić życia

tylko liść jesienny
niczym łza zapomniana
upada na zakazaną
mogiłę

Poranne zwidy

Tryptyk halucynacje

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas,
kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.
Antoine de Saint-Exupéry

Gdy widzę za dużo, wiem za dużo...

5.20

Trudno mówić o poranku, kiedy noc jeszcze trwa w najlepsze. Nie cierpię tej godziny, kiedy budzik załomocze przypominając o kolejnym  dniu, o tym, że najwyższa pora wstać do pracy. Tak jest zawsze, najgorzej jednak chyba w poniedziałek. Jak to się mówi? Szewski poniedziałek? Ja chyba zawsze mam szewski poniedziałek. Cały tydzień to jeden wielki poniedziałek.

5.30

Stało się i cię nie ma. Niestety. Nic na to nie poradzę, choć bym nawet chciał. No ale taka jest kolej rzeczy. Czy jestem zazdrosny? Nie… raczej nie…, no może czasem, gdy widzę za dużo, wiem za dużo…

Słodko jest nic nie wiedzieć, nic nie myśleć… a najlepiej wcale nic nie czuć. Bo gdybym nie czuł, to nie bolało by mnie tak bardzo, jak teraz mnie boli. Nikt nie jest w stanie złagodzić tego szarpania w środku.

6.00

Stwierdziłem, że się dzisiaj nie ogolę i będę wyglądał jak ostatni menel. Nie wiem tylko, czy nie jest to czasem próba wymuszenia litością czegoś na tobie. Dochodzę jednak do wniosku, że to raczej lenistwo, niż próba wymuszenia czegokolwiek na kimkolwiek.

6.15

Tak się zastanawiam, czy aby nie rozmieniłem się na drobne. Czy nie rozczłonkowałem się pomiędzy pracą, pracą i jakimś marnym hobby, tylko po to, by zapomnieć, aby nie czuć, nie pamiętać.

Zasiadłem przed ekranem komputera. Biel ekranu edytora tekstu kaleczy niewyspane jeszcze oczy. O czym to ja miałem pisać? I tak każdy tydzień zaczyna się od nowa. Wstać, kawa, praca, jakiś marny posiłek, praca, spanie… Zaszalałem myśląc o spaniu. Przecież ja prawie w ogóle nie śpię. Cóż to jest te trzy, cztery godziny snu.

6.30

Na ile procent można żyć? Sześćdziesiąt… Osiemdziesiąt… Ciekawe, czy jest ktoś, kto każdy dzień poniewiera na sto procent. Ja tak nie umiem.

7.00

Gdzie są teraz moi przyjaciele… Jak strasznie czas wszystko zmienia, okrywa jak rdza metal, jakimś nalotem zapomnienia. Pogoń za rzeczami wymiernymi zwycięża nawet potrzebę kontaktu, spotkania choć przez chwilę. Tego właśnie się lękam najbardziej, zostać wyłączony, zepchnięty w niepamięć, odsunięty. Mam nadzieję, że tych parę osób jednak nie zapomni.

7.30

Z dnia na dzień z coraz większym obrzydzeniem sięgam po kolejną dawkę wiadomości. W Ojczyźnie mej wszystko stanęło już na głowie. Czy można jeszcze bardziej się zagubić?!

Czy mam jakieś prawo do żalu?
Czy mam jakieś prawo do smutku?
Czy mam jakieś prawo do refleksji?
Czy mam jakieś prawo do pamięci?
Co wolno mi pamiętać?
Czego nie wolno zapomnieć?
Czy mam prawo do decyzji?
Kto decyduje za mnie?
Czy mam prawo do sprzeciwu?
Czy mam prawo do patriotyzmu?
Czy mam prawo do Ojczyzny?
Czy mam jeszcze do czegoś prawo?

A może mam prawo do wszystkiego…
zwłaszcza do tego, co wskażą mi media…

Most spróchniał na dobre…
i nie doczekam już powrotu budowniczego
o duchu  pierwszego Bolesława…

Szkoda…

most

most drewniany o szerokich przęsłach
spina dwa brzegi o stromych zboczach
przechodzą po tym moście tłumy
w jedną i drugą stronę – milczące masy
nie wiedząc dokąd prowadzi droga przez most

zmieniają się piesi a most trwa…
zmieniają się zarządcy a most trwa…
tylko belki zbutwiałe domagają się remontu
nikt jednak nie myśli o belkach i deskach
ważne by pobrać myto, ważne by przejść

budowniczych wszak już nie ma od lat
ci którzy stawiali filary w rzece
już dawno rozsypali się w proch
następcy jedynie malują wciąż świeżą farbą
spróchniałe belki

i tylko marzenie pozostaje że kiedyś
powstaną zarządcy o duszach budowniczych
i zamienią nasz spróchniały most drewniany
w stalowego kolosa o trwałych filarach